Ludzie

Niedzielny wieczór grona, czyli kolacja bez kart

Raz na kwartał stali bywalcy zostawiają karty w szufladzie i siadają do wspólnej kolacji. Szefowa kuchni gotuje według przepisów przyniesionych z ich domów.

Z życia domu

Jeden długi stół w restauracji

Płomienie unoszące się nad potrawą podczas przygotowania

Zwykle w niedzielę sala na piętrze pracuje, ale raz na trzy miesiące zostaje zamknięta. Wtedy w restauracji stawiamy jeden długi stół, a Aleksandra Ptak wychodzi z kuchni z kartką pełną cudzych imion. To przepisy, które stali bywalcy przynieśli w kopertach, zeszytach i telefonach. Nikt nie wie, co zostanie ugotowane, dopóki nie zasiądzie do stołu.

Najstarszy przepis pochodził od pani Danuty, która od lat zjawia się u nas w piątki. Zupa z kaszą i grzybami, jaką gotowała jej matka na wsi niedaleko miasta, miała w sobie coś, czego nie umiem nazwać. Aleksandra zrobiła ją tak wiernie, że pani Danuta po pierwszym łyku zamilkła i dopiero po chwili powiedziała, że brakuje jej tylko dymu z blaszanego pieca.

Drugi przepis, na pierogi z soczewicą, przyniósł pan Zbigniew. Nadzienie było lekko przypieczone, a ciasto cieniutkie, prawie przezroczyste. Kiedy Aleksandra podała je na stół, wszyscy chcieli wiedzieć, skąd taka receptura, a pan Zbigniew wzruszył ramionami i powiedział, że od babci, ale nie wie, której.

Co zostało po kolacji

Dwie zasady wieczoru

Podczas tych kolacji nie gramy i nie rozmawiamy o grze. To jedyny wieczór w kwartale, kiedy na stole nie ma kart ani żetonów, tylko talerze. Nikt nie pyta, kto siedzi gdzie, bo długi stół sam wymusza rozmowę z sąsiadem z lewej i z prawej.

Co mówią goście

Goście wychodzą z takiego wieczoru inaczej niż z kolacji z kartami. Są spokojniejsi, rozmowni i trochę zawstydzeni własną gadatliwością. Elżbieta Andrzejewska zapisuje ich uwagi w zeszycie: jedni chwalą zupę, inni pytają o przepis, a pani Danuta prosi, by następnym razem ugotować kompot z suszu, jak za jej czasów.

Kartki w kuchni

Po deserze wszyscy podpisują się na kartce z przepisem, którą potem wieszamy w kuchni, obok pieca. Jest ich już kilkanaście, a każda opowiada coś o domu, w którym powstała. Gdy gaszę światło, patrzę na tę ścianę i myślę, że żadna karta dań nie była dotąd tak bogata. Następny taki obiad zaplanowaliśmy na koniec kwartału i już zapisało się kilka osób z przepisami w kieszeniach. Piszę o tym bez ozdobników, bo tak właśnie było i tak chcę to zapamiętać, zanim sezon znów nabierze tempa.