Otwarcie sezonu: lampy zapalone, piec rozgrzany
Ostatni poranek przed otwarciem

Obudziłem się przed piątą, jak co roku w dniu otwarcia. W willi było jeszcze cicho, tylko w piecu coś trzaskało, bo Aleksandra Ptak zapaliła w nim już przed czwartą. Zszedłem po schodach, minąłem szatnię i stanąłem w drzwiach kuchni. Pachniało zakwasem i drewnem, a ona stała nad stołem w białym fartuchu i ugniatała ciasto, nie podnosząc głowy.
Około dziesiątej na górze zjawiła się Sylwia Jakubowska z siatką pełną talii. Rozłożyła je jedną po drugiej na suknie i przeglądała karta po karcie, szukając zgięć, rys i plam. Trzy talie odłożyła do skrzynki, bo choć wyglądały dobrze, w dłoni czuć było, że się zużyły. Mówi, że oko może się mylić, ale palce nigdy.
Po południu przyszedł Mariusz Kaczmarek z listą rezerwacji na pierwszy tydzień. Zapełniona była w połowie, co uznaliśmy za dobry znak. Elżbieta Andrzejewska sprawdziła księgę gości, wytarła ladę i ustawiła przy drzwiach świeże kwiaty, które co roku kupuje u tej samej starszej pani spod parku.
Pierwsze zamówienie dnia
Lampa nad wejściem
O szesnastej zapaliłem lampę nad drzwiami, tę samą, którą zawiesiłem w dniu, kiedy zacząłem remont. Wisi na kutym haku, który dostałem od dawnego kolegi z papierni. Kiedy się zapala, wiemy wszyscy, że dom jest gotowy. Nikt nie komentuje, ale ekipa na chwilę milknie.
Wieczór po otwarciu
Wieczorem sala wypełniła się wolniej, niż zakładałem, ale za to z gośćmi, którzy zostali do końca. Mariusz Kaczmarek obchodził stoły z kartką w ręku, notując, kto z kim siedzi, a Sylwia Jakubowska rozdawała pierwsze karty z wyrazem twarzy, który można by nazwać radosnym skupieniem. Zamknęliśmy drzwi o pierwszej, kiedy ostatnia osoba wyszła na ganek.
Pierwszy gość
Pierwszym gościem był starszy pan, który co roku przychodzi w dniu otwarcia i zamawia to samo: żurek i szklankę lemoniady. Usiadł przy oknie, rozłożył serwetkę i powiedział, że cieszy się, że dom stoi. Odpowiedziałem, że stoi dzięki takim gościom jak on, i naprawdę tak myślę. Gdy zamykałem drzwi po pierwszym wieczorze, na ganku stała jeszcze jedna osoba, która wahała się, czy wejść. Powiedziałem, że jutro też jesteśmy. Skinęła głową i wróciła następnego dnia. Piszę o tym bez ozdobników, bo tak właśnie było i tak chcę to zapamiętać, zanim sezon znów nabierze tempa.